Wylali mi na głowę lodowatą wodę, śmiejąc się, że w końcu dzięki dobroczynności mnie oczyścili… Nie mieli pojęcia, że ​​potajemnie jestem właścicielem wartej miliardy dolarów grupy, która rządziła ich światem, a dziesięć minut później ci sami ludzie klęczeli przede mną, błagając mnie, żebym ich nie niszczył.

Całe pomieszczenie drgnęło z intensywnością.

To było subtelne. Krzesło zaskrzypiało. Uśmiech Mathilde się skrzywił. Adrien lekko się podniósł, jeszcze nie ze strachu, ale dlatego, że obudziło się w nim stare wspomnienie. Wspomnienie wersji mnie, której nigdy do końca nie zrozumiał. Tej z początku. Kobiety zbyt spokojnej, by pochodziła „znikąd”, zbyt precyzyjnej w słowach, zbyt nieczułej na luksusy dla skromnej dziewczyny, którą, jak sądził, poślubił.

Podniosłem serwetkę leżącą mi na kolanach i poklepałem się po twarzy.

Potem odezwałem się z tak nieskazitelną uprzejmością, że graniczyło to z okrucieństwem.

„Nie. Chyba zostanę na stojąco”.

Diane przewróciła oczami.

„A, oto i ona. Mała tragikomanka”.

Dziesięć minut.

Tylko tyle wystarczyło, żeby Protokół Siódmy wystrzelił pierwszą salwę.

Usłyszałem to przed nimi.